Recenzja - Szlachectwo Zobowiązuje (Kind Hearts and Coronets) (1949)
(Wpis zawiera liczne spoilery!)
Film pt. "Kind Hearts and Coronets" (polski tytuł - "Szlachectwo zobowiązuje") polecił mi kolega i przyznaję bez bicia, że bardzo się ociągałam z jego obejrzeniem, pomimo zapewnień, iż jest to dzieło godne zapoznania. Dlaczego? Obraz został nakręcony w 1949 roku, a ja miałam niechęć do filmów czarno-białych, całkowicie niesłusznie, oczywiście. W chwili obecnej oglądam właśnie te bezbarwne i chwale je sobie, ponieważ stanowią one dla mnie nowość. Ale do rzeczy! O czym mowa?
Pewna piękna pani szlacheckiego pochodzenia, jako cel swoich miłosnych dążeń wybiera "prostego człowieka z ludu". Jak to bywa często w tego typu tragicznych historiach - z tegoż powodu rodzina ją wydziedzicza i kobieta pozostaje bez grosza. Nie traci jednak ducha, wychowuje poczęte z romansu dziecię dzielnie, nawet po śmierci męża, wpajając chłopakowi przy tym, że to, co straciła w przyszłości na pewno mu się dostanie. Okazuje się, że tylko jeśli połowa z jej rodziny wymrze, potomek zostanie księciem i odzyska bogactwa, które, jak sądzi, należą się jego matce.
Pomimo tego, że kobieta odeszła w pokoju i nigdy nie wpajała bezpośrednio dziecku nienawiści, niedoszły szlachcic pała chęcią zemsty. Wpada na równie mało błyskotliwy, co zuchwały pomysł, by własnoręcznie zabić wszystkich, którzy stoją mu na drodze do dziedzictwa. Pomysł absurdalny? Możliwe, ale w tym filmie wykonalny, mimo, że nie jest to żadne mroczne dzieło, a komedia.
główny bohater - Louis D'Ascoyne
No właśnie - jedną z rzeczy, które mnie tutaj zaskoczyły to sposób narracji (z punktu widzenia głównego bohatera - Louisa D'Ascoyne) - mężczyzna opowiadał o swoich morderstwach ze stoickim spokojem, tak, jakby realizował listę zakupów, a wręcz momentami to, co mówił było zabawne, a przecież zabijał w różny sposób (choć widoku krwi w tym filmie nie doświadczymy) żywe istoty ludzkie. Czy doszedł do celu?
Najzabawniejsze jest, że tak. Jednak nie ma tego dobrego, co by na złe nie wyszło. Po drodze (szczegóły warto samemu obejrzeć w filmie) Louis popełnił kilka błędów, m.in. zaufał kobiecie, którą porzucił, a ta postanowiła zachować resztki godności wbijając mu nóż w plecy (nie dosłownie) i wrobić go w morderstwo, którego, wyjątkowo, się nie dopuścił.
No właśnie - jedną z rzeczy, które mnie tutaj zaskoczyły to sposób narracji (z punktu widzenia głównego bohatera - Louisa D'Ascoyne) - mężczyzna opowiadał o swoich morderstwach ze stoickim spokojem, tak, jakby realizował listę zakupów, a wręcz momentami to, co mówił było zabawne, a przecież zabijał w różny sposób (choć widoku krwi w tym filmie nie doświadczymy) żywe istoty ludzkie. Czy doszedł do celu?
Najzabawniejsze jest, że tak. Jednak nie ma tego dobrego, co by na złe nie wyszło. Po drodze (szczegóły warto samemu obejrzeć w filmie) Louis popełnił kilka błędów, m.in. zaufał kobiecie, którą porzucił, a ta postanowiła zachować resztki godności wbijając mu nóż w plecy (nie dosłownie) i wrobić go w morderstwo, którego, wyjątkowo, się nie dopuścił.
I tu, moim zdaniem, punkt główny filmu - tym, do czego dążył mężczyzna była sprawiedliwość - jego matkę niesprawiedliwie w końcu osądzono, wydziedziczono, pozostawiono na pastwę losu. Tymczasem, gdy sam staje przed wymiarem sprawiedliwości, posądzony o tę jedną zbrodnię, której nie popełnił, zostaje uznany winnym. Cały komizm tej sytuacji polega na tym, że zeznając przed sądem cały czas mówił prawdę, a mimo to ława przysięgłych postanowiła skazać go na śmierć.
Powstaje pytanie - czy sprawiedliwość na świecie w ogóle istnieje? Jeśli tak, dlaczego nikt nie przyłapał go na licznych (ponad dziesięciu osób!) morderstwach, które rzeczywiście popełnił? Dlaczego sąd nie uwierzył jego słowom, skoro, wyjątkowo, był uczciwy i zeznawał prawdę? Skoro nie można liczyć na najwyższy wymiar sprawiedliwości, część systemu naszego świata - co człowiekowi pozostaje?
Pomimo tego, że film stawia poważne pytania, a wnioski z niego można wyciągnąć dość ponure, towarzyszy temu delikatny humor i beztroska narracja głównego bohatera. Mężczyzna wzbudza wręcz sympatię - można mu nawet początkowo współczuć - rodzina matki nawet nie chce mu dać pracy, kobieta, której się oświadcza go odrzuca. Tylko, że ta sama osoba to zepsuty, bezduszny oszust, który zabija bez emocji, czy skrupułów; człowiek, którego jedynym celem stała się zemsta. Swoją drogą - czy warto podporządkować całe swoje życie tak nędznemu aktowi nienawiści?
Film, jak najbardziej ponadczasowy, prowokuje do myślenia, a odpowiedzi na postawione w nim pytania każdy może szukać sam i właśnie dlatego uważam go za warty obejrzenia. Czy mój ulubiony? Niekoniecznie. Po pierwsze - jest bardziej ironiczny, niż zabawny. Przyznam też, że gdy młody D'Ascoyne, wierny zasadzie - "cel uświęca środki", mordował trochę się nudziłam, ale to tylko do momentu, gdy trafił do sądu - wówczas cały film nabrał głębszego sensu.
Czy ktoś z was oglądał?






Komentarze
Prześlij komentarz