Z serii - Wrażenia Czysto Subiektywne - Sherlock (BBC) - His Last Vow
(Wpis
zawiera liczne spoilery!)
Po serii narzekań, jakie sprowokowały odcinki poprzednie, nadszedł czas by twórcy wylali miód na wciąż gorejące rany. Tym razem nie za pomocą lizusostwa, w formie przypadkowych scen wyciągniętych z fanficów, ale smacznym kawałkiem treści. Konstruktywne pisanie o czymś, co wciąż wzburza we mnie emocje jest naprawdę niełatwym zadaniem, zwłaszcza, gdy są to odczucia prawie (tak, będę się czepiać!) wyłącznie pozytywne.
Po serii narzekań, jakie sprowokowały odcinki poprzednie, nadszedł czas by twórcy wylali miód na wciąż gorejące rany. Tym razem nie za pomocą lizusostwa, w formie przypadkowych scen wyciągniętych z fanficów, ale smacznym kawałkiem treści. Konstruktywne pisanie o czymś, co wciąż wzburza we mnie emocje jest naprawdę niełatwym zadaniem, zwłaszcza, gdy są to odczucia prawie (tak, będę się czepiać!) wyłącznie pozytywne.
Przede wszystkim, w odróżnieniu od odcinków poprzednich, ten był spójny, nie przypominał chaotycznego zlepka różnego rodzaju scen. Steven Moffat, który jest autorem scenariusza, tym razem przedstawił obraz przemyślany i w pełni rozplanowany na dziewięćdziesiąt minut odcinka. O ile "The Empty Hearse" i "The Sign of Three" można było zarzucić niedopracowanie i zapychanie dziur w scenariuszu fanservice, "His Last Vow" oferuje porządny wątek sensacyjno-detektywistyczny, nieprzewidywalne zwroty akcji, przekonywującą postać "głównego złego" oraz umiarkowaną dawkę humoru - jak w starym, dobrym stylu rozpoznawalnym z sezonów poprzednich. Można by zawołać - nareszcie!
Skoro
wspomniałam o scenach humorystycznych - spróbujmy i tym razem
poczytać z mimiki Johna Watsona, który właśnie dowiedział się,
że Sherlock Holmes ma dziewczynę. Ba, nawet spędził z nią noc i
nie szczędzi czułości!
(Zaniemówienie spowodowane ogromnym zdziwieniem)
"Nadal
nie wierzę w to, co me oczy widzą" (próbuje sobie wszystko w
głowie poukładać)
"Ale
jaja!" (czyli prawie uwierzył)
"Ale
jak to?" (coś mu się jednak nie zgadza)
"Czy
to możliwe, że Sherock kocha tę dziewoję?" (nadchodzi
sceptycyzm)
"Are you fucking kidding me?" (pełen sceptycyzm)
"Co
więcej - to chyba kpina!" (sceptycyzm i zalążki oburzenia)
"Przepraszam,
że jak? Że Sherlock się całuje?" (głębokie oburzenie)
"Nie
wierzę!" (głębokie oburzenie w ciągu dalszym)
Jakiś
pomysł na zatytułowanie tego ujęcia?
Zabawnie
i z klasą, zwłaszcza, że nie zaznajomionym z opowiadaniami A. C.
Doyle widz, mógł podzielać zaskoczenie Johna.
Jednak
koronę i berło wręczam scenie, w której Sherlock Holmes...
umiera. Ale tylko na chwilę. Wyobraźcie sobie scenę, w której
ktoś zostaje postrzelony w klatkę piersiową. Co się dzieje dalej?
Człowiek upada, ktoś przybywa na miejsce, wzywa karetkę. Potem
ofiara jedzie do szpitala i umiera, lub nie. Nie w tym serialu.
Tutaj
Sherlock, w trakcie upadku, jak i leżąc na sali operacyjnej odbywa
wycieczkę do swojej podświadomości, stacza z samym sobą walkę,
by móc przeżyć postrzał. Widz, przez chwilę, ma wgląd w
psychikę wielkiego detektywa, gdzie (między innymi) spotyka on
nikogo innego, a swojego (byłego?) arcy-wroga - Moriarty'ego. Moim
zdaniem, jest to najlepsza scena nie tylko tego epizodu, ale i całej
trzeciej serii. Pełen popis wyobraźni autora scenariusza oraz
talentu aktorów.
Uf,
i na tym skończę dawkę cukru, czas na trochę goryczki! Zacznijmy
od postaci Mary.
Ręka w górę - kto NIE domyślał się, że pani Watson ma coś na
sumieniu? Twórcy
serialu powinni być świadomi, że co dociekliwsi fani "Sherlocka"
badają każdy szczegół pojawiający się w serialu, łącznie z
przypisami, jakie towarzyszom obserwacjom Sherlocka. Poza tym, Mary
była zbyt sympatyczna, a Sherlock ZA szybko ją polubił, co,
osobiście, wzbudziło moje powątpiewanie (mina Watsona numer pięć).
Jednak to, jak wątek zostanie potraktowany dalej wciąż było
niewiadomą, za co należy się lekkie pogłaskanie Moffata po
głowicy (chociaż nie ukrywam, że wolałabym, by Mary była
postacią poboczną). Ponad to, dzięki postaci Mary, widz mógł
zagłębić się w psychikę Johna Watsona, co również postrzegam
jako nie aż tak banalne rozwiązanie (najwyżej przekombinowanie, w
końcu wszyscy wiedzą kim jest Sherlock, a o uzależnieniu od
adrenaliny i niebezpieczeństwa Johna już było).
Yes,
we did, BUT...!
Rozumiem,
że Moriarty
jest ciekawą, lubianą i popularną postacią, sama również należę
do grona jego sympatyków, ale wskrzeszenie go doprowadzi do powrotu
na dach szpitala Bartholomew - po raz kolejny. Ile
można ciągnąć ten sam wątek? Nie wiem, jak wy, ale ja ostrzyłam
zęby na coś nowego i wnoszę o nie odgrzewanie kotletów przez
panów Moffata i Gatissa.
Pośród
wielu innych opcji, istnieje również taka, że twarz arcy-wroga
Sherlocka Holmesa na szklanych ekranach to zwykła prowokacja
- czy to ze strony wroga, czy ze strony Sherlocka (dlaczego? W końcu
nie chciał wylatywać z kraju, a kto inny poradziłby sobie z
Moriartym, jak nie on sam?), i, szczerze mówiąc, na to właśnie
liczę, dla dobra serialu. A poprzez "dobro" mam na myśli
poziom,
zarówno pod względem treści, jak i wykonania, który seriom BBC,
"Sherlock", udało się utrzymać (ze zgrzytami, ale
wciąż!).
Jak
wypada sezon trzeci, jako jedna całość, w porównaniu do sezonu
pierwszego i drugiego? Dość
blado, ale nie szaro i buro, bo, dzięki poczuciu humoru dość
kolorowo i z nadzieją na lepsze jutro (odcinek trzeci!).
Co
przyniesie sezon czwarty?
Znając życie (i twórców serialu), na sezon czwarty znów będzie
nam dane czekać kolejne siedemset trzydzieści dni (w przybliżeniu),
więc odstawiam emocje na bok i wyłączam myślenie. Mogę mieć
tylko nadzieję, że autorom nie zabraknie pasji, wyobraźni
(wykorzystali już niebezpieczną ilość wątków zaczerpniętych z
opowiadań Doyle) ani czasu (wydaje mi się, że przy realizacji
sezonu trzeciego razem tak było), by stworzyć coś autentycznego,
emocjonującego i godnego uwagi!
Tymczasem
zapraszam do przeczytania notki na temat tego, czy serialowy Sherlock
Holmes jest socjopatą (coming soon...).
Post scriptum: odnośnie postaci Magnussona - osobiście uważam, że pojawienie się go tylko na chwilę było pozbawione sensu i właściwie również można to określić, jako "zapychacz". Powinien zjawić się znacznie wcześniej i o wiele więcej zła wyrządzić, skoro był określany jako niezwykle niebezpieczna postać, a Sherlock był tak podniecony spotkaniem z nim. Panowie twórcy również narobili nam smaku - już od odcinka pierwszego. Tymczasem Magnusson ukazuje się na dłużej, mniej-więcej w połowie epizodu, sika do kominka, a potem zostaje zabity i nikt już o nim nie pamięta, bo "powraca" Moriarty. Chmm...










.jpg)




Przeczytałam z przyjemnością twój wpis o tym odcinku! Potrzebowałam takiego podsumowania w jednym miejscu I zgadzam się z tobą prawie we wszystkich kwestiach, o ile nie we wszystkich. Scena gdzie Sherlock umiera wg. mnie była genialna! I mimo, że kocham postać Moriartiego nie wiem czy dobrym pomysłem jest (jak to ujełaś trafnie) " odgrzewanie kotletów przez panów Moffata i Gatissa." I podpisy pod zdj. Johna nieźle mnie rozbawiły :D (jestem za leniwa by pisać dwa różne komentarze, gdy w jednym ujęłam wszystko co chciałam powiedzieć) Ok może dopiszę jeszcze coś o Mary i Magnussoniebo nic o nich nie wspomniałam na fb. Wg. mnie postać Magnusona była totalnie niepotrzebna. Nie polubiłam go i raczej nie polubię i cieszę się, że nie żyje. Mimo, że Mary okazała się zabójczynią wciąż ją lubię. I mam nadzieję, że w 4 sezonie rozwiną jej postać. (ok może nie ma nic do rozwinięcia już, ale wciąż!)
OdpowiedzUsuńDziękuję Ci bardzo za komentarz i cieszę się, że podzielasz moje opinie :D. Też nie polubiłam Magnussona, ale uważam, że jego wątek powinien być lepiej rozwinięty, skoro od pierwszego odcinka zapowiadano jego postać... I po co tyle gadania o tym, jaki to on niebezpieczny i zły? Na mnie sprawił wrażenie obrzydliwego psychopaty i tyle. A co do Mary - nie jestem jej fanką, ale przyznaję, że jest sympatyczna, mimo swojej profesji :).
UsuńNie ma sprawy :) I dobrze to ujęłaś, że Magnusson sprawił wrażenie obrzydliwego psychopaty. Te zapowiedzi sprawiły, że myślałam, że będzie on przynajmniej na 2 sezony, dlatego byłam uradowana, gdy zginął. W ogóle on nie był jakimś tam złoczyńcą, on po prostu miał dobrą pamięć i był chciwy. I o ile Moriarty też był psychopatą to jego pokochałam od pierwszej sceny, w której się pojawił.
UsuńMagnusson nie wzbudzał sympatii, tak, jak Moriarty, to prawda :D. Ale powinno być go więcej, czy go widz lubi, czy nie. Skoro tyle go zapowiadali i określili jako zło totalne.
UsuńNo wiesz, nawet Sherlock określił Moriarty'ego jako szaleńca, ale faktycznie nie wiadomo, czy był psychopatą, czy socjopatą, a może czymś innym jeszcze :P.
Bardzo dobry wpis. Co zabawne, w swoim podsumowaniu zwracam uwagę praktycznie na te same rzeczy. Widzę, że również nie podoba Ci się domniemany powrót Moriarty'ego - obawiam się, że jesteśmy w tej opinii odosobnieni, inni sikają z radości :/
OdpowiedzUsuńW wolnej chwili zapraszam do moich sherlockowych tekstów. A Twój blog dodaję do obserwowanych i postaram się systematycznie nadrobić zaległości (a jest ich sporo, bo powyższy tekst jest pierwszym, jaki tu przeczytałem).
Dziekuje bardzo! Z checia odwiedze Twojego bloga, jak bede tylko dluzej miec internet :).
Usuń