Recenzja - Człowiek, który pokochał Yngvego (Mannen som elsket Yngve) (2008)


Może zabrzmi to banalnie, ale dla mnie oglądanie "Człowieka, który pokochał Yngvego" było, jak zjadanie dobrej jakości czekolady. Jak wiadomo, jej składniki wpływają na podnoszenie się w organizmie poziomu serotoniny - hormonu odpowiadającego m.in. za odczuwanie przyjemności. Błogo-gębo-stan, w jaki wpadamy podczas jedzenia, przerywa nam wyłącznie widok pustego opakowania, a wówczas jedyne, co nam pozostaje, to słodko-gorzki smak utrzymujący się na podniebieniu.

Mimo że ten film nie jest czekoladą z najwyższej półki (czyli taką z 80%-90% kakao :D), na pewno jest jednym z najsmaczniejszych, jakie jadłam (oceniam na 70% kakao).

(Wpis zawiera liczne spoilery!)

(Jako że film oznaczony został 15+ moim obowiązkiem obywatelskim jest zakazanie osobom poniżej tego wieku na czytanie tych satanistyczno-pornogaficznych treści.)


Obraz został wyemitowany premierowo w 2008 roku i jest ekranizacją noweli (pod tym samym tytułem) wielokrotnie nagradzanego, norweskiego pisarza Torego Renberga. Ów autor zajął się także pisaniem scenariusza.

Książka ta sprzedała się w setkach tysięcy kopii w samej Norwegii, a jej przekłady językowe są dostępne na całym świecie, także w Polsce (wyd. Akcent).

Ekranizacja osiągnęła równomierny sukces (174 tysiące sprzedanych biletów) zdobywając kilka norweskich nagród filmowych (cztery "Amandy" oraz nagrodę na nordyckim festiwalu filmowym). Okazała się na tyle popularna, że powstały jej dwie kontynuacje dziejące się przed wydarzeniami w "Człowiek, który...", jak i po - zatytułowane kolejno - "The Orheim Company" (2011) oraz "I Travel Alone" (2012). (Obu nie widziałam i nie zamierzam oglądać, kontynuacje filmowych hitów to zło :D)


O czym?


Akcja filmu jest retrospekcją głównego bohatera, siedemnastoletniego Jarle (w tej roli - Rolf Krisitan Larsen), skupiającą się na wydarzeniach czasów jego młodości. Przypadają one na przełomowy okres w historii Europy - zburzenia Muru Berlińskiego, upadku komunizmu, czy ekspansji gospodarczej Norwegii.

Ekranizacja ta nie jest jednak opowieścią polityczną, a historią... właśnie, czego?


Wszystko rozpoczyna się w roku 1989 - Jarle, jego dziewczyna Katrine (Ida Elise Broch) oraz dwójka ich przyjaciół - zbuntowany Helge (Arthur Berning, na zdjęciu powyżej) oraz bardziej stonowany Oljeungen (Erlend Stene) zakładają punk-rockowy zespół, który "ma zdobyć cały świat". Lecz sprawy związane z The Mathias Rust Band zostają zepchnięte na drugi plan, służąc jako tło życia emocjonalnego nastolatków...

O co tyle hałasu?  

Jak sam tytuł wskazuje - widz może liczyć na wątek miłosny. Skoro główny bohater jest szczęśliwie związany ze swoją piękną dziewczyną, można w domysłach pójść jeszcze dalej i wpaść na to, że czeka nas kolejny, nudny trójkąt miłosny. Ale świadczyłoby to wówczas o przeciętności filmu, a ten do takich nie należy.

Sęk w tym, że Jarle nie zaczyna fascynować się kolejną kobietą, a kolegą z klasy. Z czasem, po raz pierwszy raz w życiu, obdarza tytułowego Yngve uczuciem miłosnym.

Podążając naturalną koleją rzeczy - buntuje się przeciwko nieznanym mu dotąd emocjom, zdradza swoją ukochaną emocjonalnie (ale też fizycznie - spędza noc z przypadkową dziewczyną), ignoruje problemy rodzinne, zaniedbuje zespół, bla, bla...  Gdy byłam już przekonana, że reszta filmu będzie przewidywalna -  nastąpił kolejny nieoczekiwany zwrot akcji.


Otóż Yngve okazuje się  być osobą, jak to się powszechnie i ogólnie nazywa, "chorą psychicznie". Pomimo tego, że na pozór wydaje się, co najwyżej rozmarzony, czy ekscentryczny, a intelektualnie jest zupełnie sprawny, jak udowadnia film, z całą pewnością wymaga leczenia, choć nazwa jego choroby (w filmie, książki nie miałam jeszcze przyjemności czytać) nigdy nie zostaje wymieniona.

Jednak czy, w przypadku obu postaci, jakiekolwiek kategoryzowanie ma znaczenie?

W oczach Jarle, Yngve to osoba; ktoś, kogo pokochał - ideał, niezależnie od płci, czy jakichkolwiek innych czynników zewnętrznych.

Żeby nie było nudno, obraz jest historią wielowątkową, więc nie mamy tutaj do czynienia wyłącznie z rozterkami miłosnymi Jarle. Film, szczęśliwie unikając przedramatyzowania, to przede wszystkim, ciepła, realistyczna opowieść o relacjach grupy przyjaciół, których połączyła wspólna pasja do muzyki.

Na brak wątków pobocznych nie można narzekać (chociażby postaci jego rodziców zostały wyraźnie zarysowane, tak samo, jak konflikt między nimi), nie mało tu też dowcipnych sytuacji. Warto pamiętać, że główne postaci to przeciętni, zbuntowani nastolatkowie, którzy imprezują, nadużywają alkoholu, próbują wkradać się na imprezy dla pełnoletnich, czy eksperymentują z narkotykami. Na szczęście, odznaczają się też inteligencją i wrażliwością.

Śledząc wygłupy tej paczki przyjaciół odnosi się wrażenie, że tych ludzi już gdzieś, kiedyś się spotkało, a nawet (w przypadku starszej widowni) - nimi było.


Kolejnym atutem, a zarazem pierwszą rzeczą, która spowodowała, że nie potrafiłam kliknąć tego małego krzyżyka w górnym prawym rogu była bezbłędna ścieżka dźwiękowa.

Już na wstępie kusi niezapomniane "I Wanna Be Adored" The Stone Roses, potem jest coraz lepiej - The Cure, R.E.M, naprawdę niezłe norweskie zespoły punk-rockowe... W momencie, gdy okazało się, że Yngve jest fanem Davida Sylviana i Japan - film złapał mnie za serce (i nie chciał puścić). Inne grupy, które można tu usłyszeć to sama śmietanka muzyki rockowej - Joy Division czy The Jesus & Mary Chain.

Miłą niespodzianką, a zarazem polskojęzycznym akcentem było też pobrzmiewające gdzieś na początku "Bo Jo Cię Kochom" norwesko-polskiego zespołu De Press.



Można by się czepić faktu, że skoro "Człowiek, który pokochał Yngve" mówi o nastolatkach, to oni są jego jedynym targetem. Zdecydowanie nie mogę się z tym zgodzić. Postaci, które zostały tu pokazane są autentyczne, naturalnie (brawa dla aktorów) - ogląda się je z nostalgicznym uśmiechem (a nie, myśląc "co za banda idiotów"), ale, co najważniejsze, przekaz nie trąci naiwnością, jest uniwersalny i na pewno nie jedną "dorosłą" osobę skłoni do myślenia.

Słuchając w tym momencie "Desert Rose" (Stinga, naturalnie) nie potrafię nie wspominać z uśmiechem rzeczywistości wykreowanej w tym filmie - świata, gdzie siedemnastolatkowie zachwycają się, ba, żyją punk-rockiem; świata, gdzie miłości nie zamknięto w konwencjonalne ramy.

I chociaż w tamtej rzeczywistości przyjaźń nie przechodzi próby, marzenia się nie spełniają, a wieczna miłość nie istnieje, mam ochotę na kolejną kostkę...





Komentarze

Popularne posty